Królewicz

Kilka prawd o sobie ostatnio odkryłam… czasem mało fajnych.

Między innymi tę, że pozwoliłam koronowanemu wirusowi skopać własny tyłek. Bezobjawowo. W sensie, że zabrał mi wiarę i energię. I zaczęłam myśleć, że wszystko to jego wina i nic się nie da zrobić, i wszystko jest beznadziejne, a najbardziej ja. I będę sobie siedzieć w kąciku i cicho płakać. Bo ja z epoki gdy “Siedź w kącie a znajdą Cię” było motywem przewodnim wychowywania dzieci. Bo dzieci miały być ciche i bezwonne, żeby nie przeszkadzać.

Dla mnie wciąż reklamowanie się i mówienie, że jestem w czymś dobra to ogromne wyzwanie. Bo a nóż widelec ktoś powie-sprawdzam, i okaże się, że ja tylko udaję. A jak będę siedzieć w kąciku to mnie nikt nie sprawdzi. No i koło się nakręca.

Na szczęście mam koło siebie ludzi którzy mnie, czasami siłą, z tego kąta wyciągają i mówią-weź się do roboty. Dasz radę. Jesteś dobra. You are good enough. Masz tę moc.

I to jest właśnie moment, kiedy zaczynam powoli wypełzać do świata. I zaczynam myśleć, że się nie dam królewiczowi więcej kopać. I sama też przestanę się biczować a zacznę chwalić. I walczyć. W tym pozytywnym sensie. Nie przeciw tylko o siebie.

I będę pisać o tym, że uczę jogi, czasem nawet w obcym języku, i robię świetne masaże, i mam ręce które leczą, i wiem, że nie należy zaczynać zdania od I 😜

Ogłaszam powrót wojowniczki 😁